11 marca 2010r.

unoszę się na powierzchni życia jak topielec, siła wyporu sprawia, że wciąż prostuję włosy, piję kawę i palę papierosy. ale zostałam z niczym. z pustymi rękami, pustym sercem i prawie pustą paczką Goldów. to jeszcze nie czas na strzał, wciąż wyczekuję momentu, kiedy ostatni raz posłucham ulubionej piosenki, napiszę list i zadzwonię do wszystkich ludzi, których kocham.
chyba jestem chora, jest tak dużo niczego, przestałam rozróżniać wrogów i przyjaciół, wściekłość i spokój. zapadłam na aleksytymię, ukrywaną pod przezroczystym uśmiechem normalności i zimnym uściskiem dłoni.


Komentarze